To już tradycja, że w maju organizowana jest unikalna impreza dla ptasiarzy "sportowców"- to słowo w kontekście naszej drużyny traktujemy bardziej fizycznie, bo cyferkowo-ptakowo zrobiliśmy 3 lata temu co co chcieliśmy (rekord Opo) . Teraz jest mniej napinki a więcej luzu i uśmiechu , choć po prawdzie tego ostatniego nigdy nam nie brakowało. Fajnie mieć kumpli z którymi można spędzać takie chwile. Ptaki i rowery łączą ludzi :-)
Skoro już wiadomo, że było rowerowo- radośnie to postaram się opisać nasze przygody bardziej szczegółowo. Kolejne nasze rajdowanie (moje już bodajże 14ste) zaczęło się tam gdzie w zeszłym roku, czyli nocką w ośrodku nad południowym brzegiem zbiornika Turawskiego. Nie za bardzo wychodzi nam planowanie i "zwiad" a to jednak klucz do sukcesu dla tych którzy do rajdu podchodzą na "sportowo-liczebnikowo". Na szczęście wychodzą nam a nawet wyjeżdżają (bokiem) inne rzeczy. Jedyną rzecz jaką mieliśmy w głowach to poprawienie wyniku rowerowego rajdu z zeszłego roku gdzie byliśmy jedna z dwóch drużyn w całej Polsce używającej do poszukiwania ptaszorów rowerów. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że w tym roku było 5 drużyn. A jak się zaczął dzień? Ano wcześnie bo o 3;15. Szybki banan, szklanka ciepłej wody i hajda na rumakach w las. Poranek przywitał nas chłodkiem i głosem słowika śpiewającego gdzieś daleko nad brzegiem zbiornika. Za to my pierwsze godziny spędzamy w lesie by wysłyszeć i odnotować w rajdowych formularzach jak najwięcej śpiewającej drobnicy. Co do pogody to na szczęście 2 dni przed rajdem troszkę popadało, ale nie na tyle by skutki suszy zostały zatarte. Kurzyło się jak diabli a i też pewnie z powodu chłodu ptaki momentami odzywały się jakby "półgębkiem". Przyfarciły za to lelki odzywające się przed wschodem słońca, śpiewał paszkot, lerka i w miarę upływającego czasu coraz więcej wróblaków. Zaskoczyła nas obecność samca kląskawki w młodniku i skraju dojrzałego lasu. Nasze "patrony" (3nadle) też rozpoczęły poranne zaśpiewy. Dość późno obudziły się świergotki drzewne - niesamowite, ale to były pierwsze moje tegoroczne. Zwariowane mamy wiosny ostatnio o naprawdę czasem to co ma przylatywało wcześniej dolatuje później blokowane spływem zimnych mas powietrza z północy i być może innymi czynnikami. Bardzo wsłuchiwaliśmy się w odgłosy lasu by zlokalizować śpiewające pospoliciaki. No ale one czasem robią psikusy i jak na złość w tym dniu odzywać się nie chcą. Tak było w tym roku np ze zniczkiem - no ni huhu do samego końca.
 |
| czas leśny |
Przyznam się szczerze, że mimo, że troszkę się ruszaliśmy to zmarzłem niemożebnie. Przed wschodem słońca temperatura spadła jeszcze o kilka stopni C. Raz nam ją podniosła locha z malutkimi pasiaczkami przebiegającymi przed nami przez drogę oddziałową. Cudny i ekscytujący był to widok.
Po rundce przez lasy i srogie zręby (oj, rżną aż furczy!) wjeżdżamy na wał między Szczedrzykiem i Kotorzem. Po obserwacjach i nasłuchu przy trzcinowisku namawiam chłopaków by pojechać na zaporę elektrowni. Widzę po ich minach niezdecydowanie, ale przekonuję argumentem, że w szpalerze topoli rosnących u podnóża wału bywają dzięcioły a przy elektrowni mieszka "górlaka". Na wale mamy pierwsze siewki ; pisiki, ale niedaleko od celu zauważamy bardzo fajny i rzadki na rajdach inny gatun siewy: kulika mniejszego.
 |
| słoń mniejszy |
 |
| w locie |
Widać jakie było lustereczko na tafli wody o świcie. Potem zaczęło jednak mocniej podwiewać.
 |
| lustereczko powiedz przecie ile ptaków los przywlecze? |
 |
| kapitan foci słonia mniejszego |
 |
| Przemek został zapisany na listę wiec wrona leci szukać dalej :-) |
Na zaporze spędzamy z 10 minut - pokazuje się rybitwa rzeczna i na dosłownie sekundy dwie pliszek górski z pokarmem. Ale dzięciołów brak.
Ładnie pozuje muchołówka białoszyja więc ją dokumentuje. Wiadomo, że podczas rajdów fotki nie są obowiązkiem, ale czasem ten aparat trza wyjąć z futerału. :-)
 |
| poranne zaśpiewy |
Ruszamy traskę południowym skrajem zbiornika - tu dopada mnie tzw "fizyczność dolnej części pleców" i lecę w krzoki. Wracając dostaję prezent od lasu -pokazuje mi się jedyna tego rajdu muchołówka szara. Chłopaki też zdążyły ją zobaczyć bo trzeba pamiętać, regulamin każe zaliczać do listy tylko gatunki widziane przez całą ekpię (tak, są wyjątki - 5 % gatunków może nie być widziana przez mniejszą część ekipy). Gdzieś w tej okolicy pękna nam 50 tka, ale do setki ja nigdy nie pytam o wynik. Setkę nasz sekretarz ogłasza oficjalnie podniosłym tonerem ;-) w odpowiednim momencie i zawsze jest to "wiekopomna chwilja"
 |
| dajcie drugą pięćdziesiątkę :-) |
PO drodze na ujście Małej Panwi gdzie siedzi najwięcej wodnego ptastwa cały czas dopisujemy do listy nowe gatunki; mi.in jarzębatkę, sroki i dudkającego zapamiętale dudusia druciarza.
 |
| druciarz |
 |
| droga na ujście |
Błotka i łachy obfitują w ptaki. Są też wyczekiwane siewy; na razie tylko baton i łęczaki, ale bieremy wszystko czego jeszcze nie było :-)
 |
| samiec batona |
Będąc tydzień przed rajdem na zbiorniku wylukałem w kolonii śmieszki parę melek - przydało się bo od razu je znalazłem i pokazałem chłopakom. Były małe problemy z Waldim który patrzył w inne miejsce niż pokazywałem i twierdził, że to śmieszki a nie czaroglowe, ale nieporozumienie po minutce zostało wyjaśnione. No jakżesz tu można nie zauważyć "bohaterek" opisywanego epizodu? :-)
 |
| taki żarcik :) |
Decydujemy się na spacerek przy ujściu rzeki - poziom wody jest (niestety dla ptaków lęgowych) niski ,ale migrującym na północ siewkom akurat to pasuje. Nam w tym dniu też, natomiast mnie to co robi zarządca zbiornika niemożebnie wkurza. To się nazywa mieć AMBI_LAWENDNE uczucia :-)
Kolega Jurek znów pomaga nam logistycznie i wpuszcza na teren pompowni. Kierując się na łąchy ujścia rzeki dopisujemy do listy jedyną pokląskwę tego dnia. Za parę minut szukamy ptaków w przyujściowym odcinku. Mamy kolejne siewy, rybitwy białowąse i czarne i widziane już wcześniej na tafli zbiornika mewy małe. Gdzieś w tej okolicy mamy setny gatunek - chyba nawet została nią pokląskwa. Tokuje nam też nad głowami kszyk.
Ostre skanowanie łach przynosi kolejne 5 czy 6 gatunków siew: z ciekawszych alpinki, obrożna.
 |
| ostrość na obrożnej, ale są cyraneczki, kwokacz i łęczak |

W pewnej chwili w powietrzu duże zamieszanie: w góre wzbijają się stada rybitw i mew. Wiem, że pojawił się jakiś srogi drapol i rzeczywiście: Przemek melduje jakiegoś sokoła latającego dość daleko od nas. Szybkie przyłożenie szkieł do oczu i mamy wędrowniaka!
 |
| "typowe" ujęcie rajdowe :-) |
Jest ok 10 tej i dopiero teraz pokazuje nam się pierwszy myszołów. Konstatuję to zobojętniałym głosem, że to nie jest dobry dzień na drapole. Dostaję kontrę od Waldika, żebym się nie mądrzył bo znó będę musiał odszczekać. Stwierdzam, że z dziką rozkoszą to uczynię podczas dalszej części rajdu. Czy tak będzie? Oby.
Kolejny etap to podwójna kawka w Ozimku. Też tradycja, że jadąc na tankowanie czarnego napoju dodajemy do listy "skrzydlaty homonim" pobudzającego napoju pitego o poranku.
Po kawusi z uśmiechniętym licem i nadzieją w twarzy ruszamy na południe - robi się lato: temperatura sięga 14 stu st C! :-)
Po drodze skręcamy z kursu do niewielkiego wydzielenia z resztkami podmokłości i olch: było warto, bo na szutrowej ścieżce skacze jakaś poecilka - tylko takie coś udało się zrobić francy :-)
 |
| stój glizdo! |
Na łąkach koło Krzyżowej liczymy na coś więcej niż ciapcana bladego, ale tylko on się raczył był pokazać. A miejsce zacne i podczas siankorżnięcia ptaków bywa tam sporo.
 |
| łaczki kolo Krzyżowej |
Co my tu dalej mamy: czy to będzie czasu strata, co przyniesie nam Utrata?
Ano było cool: słyszymy turkawkę, na stawach kapitan objawa nam świtnuchowe ciało, wypływa z trzcin krzykliwiec a na koniec ja słyszę odzywającego się samca zielonki. Są też konkurencyjne "Podloty", całe w skowronkach żadnym ruchem kącika ust nie zdradzające nam, że zaraz za zakrętem pływała podgorzałka. My pozostajemy regulaminowo dłużni, ale jak to mówią: bez urazy - dziś każdy sobie kaczke skrobie.
 |
| a to ci niespodzianka - kaczki nam dziś "żerą" |
 |
| jedyny rajdowy krzykliwiec |
Na pożegnanie dzięcioł średni przynosi...a przepraszam wynosi z czyjejś dziupli jajko które będzie "jajecznicował" - smacznego, my też zaraz na obiad więc nie będziemy tu na sępa czekać...choć w sumie, może kiedyś....ten sęp znaczy :-)
 |
| tak się wypatruje dzięcioły |
Kierunek Izbicko - tak blisko, ale może coś wpadnie. Zimek wyszukiwany przy wszelkich możliwych strumykach dalej nam umyka, ale bystre oko pana "nie ma pogody na drapole" wyłapuje krążącą na nieboskłonie sylwetkę czegoś szponiastego. To myszołów, ale co to lata za nim? Luneta w ruch i jest fajny zuch - "trzmiel" to zacny kawałek drapulca na rajdzie.
 |
| motyla sylwetka trzmielojada też się na listę nada |
Przy Izbicku mamy spodziewane tam kwiczoły a w knajpce przy skrzyżowaniu z drogą wojewódzka szybka zupa i małe doładowanko sprzętu.
Pedałując w stronę Otmic widzę kolejnego drapola ( chyba trza będzie odszczekać) , ale smukły błotniak w samico-niedojrzałej szacie lata za daleko na pewne ID - z wielkim żalem nie możemy sobie pozwolić na dopisanie go do listy.
 |
| on tam serio jest :-) |
Nasze plany tworzymy raczej na bieżąco, ale bazujemy na doświadczeniu i jakimś tam rozeznaniu najbliższego terenu. Postanawiamy odwiedzić 2 okoliczne kamieniołomy - jeden przez suszę zupełnie pozbawiony wody przynosi białorzyki drugi z wodą m.in brodźca śniadego.
Licznik kilometroptaka wręcz rewelacyjny, ale godzina już późna i trza decydować czy Kamień i mandarynka czy wielka niewiadoma na Kosorkach. Nasze nosy dobrze wyczuły: choć jechaliśmy z myślą i srokoszu którego dla urozmaicenia tym razem nie było to mamy inne gatunki: m.in remiza, kobuzy i samotnika, który jest już chyba 12stym gatunkiem siewy podczas rajdu. Fiu fiu....
 |
| pierwej myślałem, że kobczyki, ale kobuzy też spoks |
 |
| to była kiedyś struga Lutnia |
Tu diunowa dygresja - mimo, że na tym błotku widzieliśmy samotnika to NIC nie usprawiedliwia tego zła jakie robią te wszystkie spółeczki wodne i inne "wrzody polskie" ryjące czy trzeba czy nie rzeczki, cieki i rowy. Cyniczne lujki trzepią publiczną kapuchę idąc po najmniejszej linii oporu pozbawiając nas i przyszłe pokolenia wody i osuszając miejsca gdzie tej wody nie brakowało. Do piekła z nimi, niech cierpią na wieczne pragnienie! Nie ma usprawiedliwiania dla takich idiotycznych akcji szczególnie w miejscach gdzie wysoka woda nikomu nie grozi.
A my musimy jechać dalej i czesać, czesać czesać. Z Kosorek jedziemy na Gogolin, może tam gdzieś na Wajchach odezwie się wyczekiwany przez Waldka ortolan. Tu go niestety nie usłyszymy, ale mamy jeszcze tajną broń - 2 pewniaki czyli gawrona i miejskiego gołębia. Przy malutkiej kolonii gawrona na ul Chrobrego w Otmęcie trochę się gimnastykujemy bo jest już grubo po 19 stej a i drzewa w pełni wegetacji - weź tu dostrzeż ptoka w tych warunkach. Po paru minutach kręcenia się pod drzewem gdzie ledwo widać gniazdo i sporo pobieleń słychać jakiś huk - to wielki kamień spada nam z serca bo czarnuch na parę sekund pojawia się przy gnieździe po czym w nim znika.
Jedziemy na gołębia "miejskiego" - tu podwójny rekord - pierwszy, że jeszcze nigdy nie mieliśmy tak późno tak pospolitego gatunku na liście, dwa: mamy pobity rowerowy rekord z zeszłego roku. Teraz już z górki. Na bank coś jeszcze znajdziemy!
Decydujemy, że przejedziemy przez śluzę i okolice Szachty. W niewielkim trzcinowisku notujemy podróżniczka. Jest ponad 130 i to nie tylko do opowieści :-)
Jako, że lądujemy w hajmacie naszego el Kapitano to przyjmujemy jego propozycje poszukania kuropatwy i przepiórki - "dla byka ciastko". Na odcinku 300 metrów za ostatnimi zabudowaniami Żywocic słyszmy odzywające się w tym samych czasie obie polne qry!
No i co dalej jak tak dobrze idzie? Decydujemy się na dolinę Osobłogi i poszukiwanie lokustelli spośród których do tej pory mieliśmy tylko brzeczkę. Jest świerszczak, ale strumieniówki i łozówki brakuje. Ostatnim ptakiem rajdu jest wylatująca z lasu uszatka- jedyny gatunek sowy podczas rajdu.
Wielce udany rajdzik kończymy ok 22 po prawie 19 stu godzinach i prawie 100 km przejechanych na rowerach wynikiem 136 gatunków. W klasyfikacji rowerowej ( 5 ekip) to złoto, ogólnej 21 miejsce.
Przy okazji bardzo dzięki moim towarzyszom Waldkowi i Przemkowi, obyśmy mogli cieszyć nasze uszy i oczy pierzastymi cudami natury jak najdłużej i to bez względu na to czy in purpose czy bez okazji. AVE AVES jak to mówi inny mój kolega.
A "jutro znowu wam uciekniemy" into the wild. Tylko bez plecaków bo potem rano plecy bolą bardziej niż zadek :-)
PS. te ładne ostre fotki są autorstwa Przemka
Baj, baj, frunę dalej w maj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz